Piekło.
Tylko tak można opisać dzisiejszy dzień. Mój budzik nie zadzwonił, Samsung postanowił być nieposłuszny, a ja musiałam się przebierać, po tym jak wylałam kawę na swoją śnieżnobiałą koszulę. Mrucząc pod nosem wszelkie znane mi przekleństwa, przeszukiwałam szafę w poszukiwaniu czegoś, co pasowałoby do mojej ołówkowej spódnicy, która kończyła się nieco nad kolanami. Dodatkowo natrafiłam na korek, gdy już jechałam do pracy. Skończyło się więc na tym, że spóźniłam się do pracy aż godzinę. Było to do mnie niepodobne, gdyż zawsze byłam przed czasem, a tu coś takiego. Jeszcze jak na złość, gdy wybiegłam z windy zobaczyłam stojącego w drzwiach swojego gabinetu mojego szefa- Leona Verdasa. Jest to wysoki szatyn o szmaragdowych oczach i zniewalającym uśmiechu. Z pewnością byłby to ideał, gdyby nie jego charakter. No i tak został „Seksownym Draniem”. Pięknym, znającym się na swojej pracy, ale wyrachowanym i czasami bezwzględnym kutasem. Tak.. Leon „Kutas” Verdas...
Stał z założonymi na piersi rękoma, opierając się o odrzwia. Już psychicznie przygotowywałam się na kilka karcących zdań z jego strony. Takich zdań, że aż w pięty by mi poszło, a tu nic..
Rzucił mi jedynie kpiące spojrzenie i bez słowa wszedł do swojego gabinetu, trzaskając drzwiami. Powinnam się już do tego przyzwyczaić, lecz nie mogłam nic poradzić na gniew ogarniający w zawrotnym tempie całe moje ciało.
A więc siedzę nad papierami, które MUSZĘ dzisiaj uzupełnić. Wiem, że ten drań specjalnie dał mi ich tyle, bym znała swoje miejsce i moje przywileje, do których z pewnością nie należy spóźnianie się. Niechętnie spoglądam na zegar i wzdycham, gdy widzę, że już od godziny jesteśmy sami w firmie, nie licząc ochroniarzy. Spode łba patrzę w stronę gabinetu Leona, który znajduje się naprzeciwko mojego. Wciąż pali się tam światło, co oznacza, że jak zwykle pracuje do późna. Przecieram oczy i biorę duży łyk kawy, by nieco się obudzić. Mam już dosyć tych małych, czarnych literek i cyferek na papierze. Wszystkie zaczynają mi się powoli zlewać. Opadam bez sił na fotel i zamykam na chwilę oczy. Pracuję dzisiaj bez przerwy. Nie mogłam nawet wyjść na lunch, ponieważ się spóźniłam i musiałam nadrobić kilka rzeczy. Zaciskam pięści z wściekłości, gdy przypominam sobie ten złośliwy uśmieszek na twarzy Verdasa, gdy powiedział, że mam zostać i zająć się papierami, a lunch zostanie mi dostarczony. Jedyną rzeczą, o której wtedy myślałam, było to, co sprawiłoby mi więcej przyjemności- zlecenie morderstwa czy własnoręczne zabójstwo tego drania. Nagle słyszę znaczące chrząknięcie i mimowolnie wypuszczam ostrożnie powietrze. Powoli otwieram oczy i moje spojrzenie pada na biodra mężczyzny. Biodra i krocze. Dusząc więc w sobie iskierkę pożądania, podążam wzrokiem w górę, po jego brzuchu i klatce piersiowej, aż docieram do twarzy. Usta ma zaciśnięte w cienką linię, a jego śliczne oczy uważnie mnie obserwują.
-Skończyła pani swoją pracę, panno Castillo, że postanowiła pani się zdrzemnąć?- pyta szyderczo, unosząc brew.
Mrużę groźnie oczy, z dumą unosząc głowę. Niech wie, że nie dam sobą pomiatać. Zakładam nogę na nogę i podnoszę delikatnie spódnicę, by ujrzał bez problemu zakończenie moich pończoch. Dodatkowo nonszalancko odpinam guzik od mojej koszuli, udając że jest mi za gorąco.
I zadziałało.
Jest rozdarty, gdyż nie wie, na co ma patrzeć. Jego gorące spojrzenie ślizga się po moim ciele, a ja zaczynam wątpić w to, czy to był dobry pomysł. Iskierka pożądania, którą początkowo udało mi się w sobie ugasić, wraca ze zdwojoną siłą, rozpalając we mnie potężny ogień. Desperacko poszukuję jakiegoś wyjścia z tej sytuacji, by nie ucierpiał na tym mój honor. Przypominam sobie jego pytanie i czuję się, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Opanowuję się, nie zwracając uwagi nawet na to, jak seksownie oblizuje swoją górną wargę. No może trochę mnie to rozproszyło, ale tylko troszeczkę. Biorę głęboki wdech i ignorując błysk w tych szmaragdowych ślepiach, odpowiadam:
-Jeszcze nie, ale wydaje mi się, że należy mi się choć chwila odpoczynku, gdyż jakiś gbur nie pozwolił mi wyjść z gabinetu nawet na lunch, panie Verdas- patrzę na niego bez krępacji i nie potrafię ukryć uśmiechu satysfakcji, gdy otwiera usta zszokowany.
W milczeniu mi się przypatruje, po czym bierze swoją dolną wargę między zęby i pocierając brodę palcem wskazującym, myśli nad czymś intensywnie.
-Rozumiem, panno Castillo. Proszę mi więc oddać te papiery- wyciąga dłoń, a ja unoszę brew, czekając na jakieś wyjaśnienie. Wzdycha i zbiera dokumenty z mojego biurka. Zaskoczona jego zachowaniem nie potrafię nawet zaprotestować. W końcu prostuje się, trzymając wszystko w dłoni. Jego długie, smukłe palce kurczowo zaciskają się na pliku kartek, które w połowie nie były uzupełnione.
- Może pani iść do domu- oznajmia spokojnie.
Przechylam głowę, wpatrując się w niego.
-Przecież miałam to dzisiaj skończyć?- mówię, choć bardziej brzmi to jak pytanie.
Kiwa głową twierdząco, po czym szybko przegląda trzymane przez siebie dokumenty. W kąciku jego ust czai się delikatny uśmieszek, który siłą próbuje powstrzymać. Zafascynowana patrzę na to niezwykłe zjawisko. Jeszcze nigdy nie widziałam uśmiechniętego Verdasa. Takiego naprawdę uśmiechniętego.
-Tak, ale tym się zajmie jutro Ludmiła- spogląda na mnie i wraca do papierów.
Uważnie sprawdza każdy wypełniony przeze mnie dokument i kiwa głową najwyraźniej zadowolony. To też jest niecodzienny widok. Leon nigdy nikogo nie pochwalił. Czuję się, jakby urosła kilka centymetrów, widząc jego aprobatę.
-Chwila... Ludmiła jest sekretarką pana Catani, a nie pańską. Nie może pan robić czegoś takiego..- ganię go.
I dopiero wtedy dochodzi do mnie, że zrobiłam błąd. Mężczyzna opuszcza dłoń z dokumentami i lekceważąco lustruje moją osobę, jakby sprawdzał, kto śmiał krytykować jego zdanie. Nie uginam się jednak pod jego spojrzeniem i patrzę mu prosto w oczy, unosząc przy tym brew, jakbym pytała „jakiś problem?”. Uśmiecha się z wyższością, kładzie dłonie na moim biurku i pochyla się w moją stronę. Mój oddech przyspiesza, za co sama siebie ganię. Nie chcę mu pokazywać, że jego obecność działa na mnie tak jak na resztę kobiet w firmie. Wciągam więc głęboko powietrze i stwierdzam, że to najgorsza rzecz, jaką mogłam zrobić. Drogie perfumy w połączeniu z zapachem Leona uderzają w moje nozdrza, sprawiając, że moje myśli i nerwy zaczynają wariować. Mocno napieram plecami na oparcie fotela, by oddalić się od Verdasa jak najbardziej.
-Jeśli się nie mylę, to jest moja firma i mogę robić co chcę. Chyba, że nazwa Verdas Inc. nie ma ze mną nic wspólnego, choć szczerze w to wątpię- jego głos jest cichy, lecz sprawia, że moje ciało delikatnie drży.
- Skoro sobie to wyjaśniliśmy, może pani wracać do domu- prostuje się i kieruje się w stronę swojego gabinetu.
- Och... Zapomniałbym...- przystaje i obraca się do mnie przodem.
- Proszę się spakować, bo jutro wyjeżdżamy na tydzień do Chicago. Przesłałem pani na pocztę szczegóły jutrzejszej podróży. Ma tam pani także spisane dokumenty i prezentacje, które musi pani mieć ze sobą. Więc do zobaczenia jutro. Proszę się wyspać, panno Castillo- ponownie rusza do siebie, a ja patrzę się na niego oszołomiona.
Szybko zrywam się z miejsca i idę za nim.
-Ale ja nie mogę jutro wyjechać, panie Verdas. Jestem umówiona i nie mogę...- podnosi dłoń, a ja milknę.
Siada na fotelu i odkłada dokumenty na bok. Opiera łokcie o podparcia jego siedzenia i styka palce tak, że tworzą piramidkę. Nie mogę oderwać od niego wzroku. Wyglądałby jak prawdziwy prezes, gdyby nie zdjęta marynarka, podwinięte do łokci rękawy koszuli i poluzowany krawat. Na chwilę zapominam dlaczego tu jestem, ale tylko na chwilę. Krzyżuję ramiona i patrzę mu w oczy, by wiedział, że nie żartuję. I to był błąd. Jego wzrok pada na moją klatkę, gdyż przy tym ruchu moje piersi się uniosły, a wcześniej rozpięty guzik doskonale je ukazywał. Szybko więc opuszczam ręce wzdłuż ciała, po czym podpieram się pod boki, czekając na jego decyzję.
-Przykro mi, że zmieniam pani plany, panno Castillo, ale to nie podlega dyskusji. Jutro wyjeżdżamy, więc proszę już iść do domu- pochyla się do przodu, splata ze sobą swoje palce i opiera na nich swoją brodę.
Zaciskam dłonie w pięści i ruszam do wyjścia. Otwieram drzwi i bez zastanowienia mówię cicho:
-Kutas.
Głośny śmiech mnie paraliżuje. Spoglądam na niego przez ramię i widzę jego roześmiane oczy wpatrujące się we mnie.
-Widzę, że ma pani o mnie dobre zdanie. No cóż, może w czasie tego wyjazdu poprze je pani jakimiś mocnymi argumentami- mruczy, a ja przełykam głośno.
Czy tylko mi się wydaje, że to co powiedział, jest dwuznaczne? Wychodzę, trzaskając drzwiami, po czym szybko zabieram swoją torebkę i wchodzę do windy. I jak ja teraz wytłumaczę się Davido?Niech to szlag! Przeklęty Verdas !
Next - 2 kom